A. Cole & C. Bunch
Sten
. 8 .
Baron czekał w przedpokoju i przechadzając się nerwowo
spoglądał co chwila na potężne postacie dwóch wartowników z Gwardii Imperialnej,
stojących u drzwi apartamentów Wiecznego Imperatora. Gdyby pozwolił sobie na
myślenie, po co tu jest - a usilnie próbował zapomnieć - to byłby mocno
wystraszony. Mało mu znane uczucie.
Został ściągnięty przez pół galaktyki wezwaniem Imperatora,
przesłanym bez zwykłych, formalnych uprzejmości. Kazano mu po prostu stawić się.
Natychmiast. Bez słowa wyjaśnienia. Thoresen miał słabą nadzieję, że nie jest to
związane z Projektem Bravo. Z drugiej strony był pewien, że nawet wypracowany
system szpiegowski Imperatora nie mógł wykryć projektu. Jeśli było inaczej - już
nie żył.
W końcu zaświstały otwierające się drzwi i szczupły, odziany w
togę urzędnik wyszedł, aby go wprowadzić. Thoresen odprężył się odrobinę, gdy
gwardziści pozostali na swoich miejscach. Urzędnik wyszedł i Baron pozostał sam
w ogromnej komnacie wypełnionej egzotycznymi przedmiotami, zbieranymi przez
Imperatora w ciągu całego długiego, ponad tysiącletniego życia. Dziwne i
straszne bestie z ekspedycji myśliwskich na obcych światach, niezwykłe dzieła
sztuki, starożytne księgi otwarte na cudownych ilustracjach, wielokrotnie
przewyższających jakąkolwiek sztukę komputerową.
Baron gapił się na to wszystko, czując się jak barbarzyńca z
zapomnianego świata pogranicza. W końcu spostrzegł mężczyznę, czekającego w
drugim końcu komnaty. Odwrócony był do Thoresena plecami i najwyraźniej patrzył
na świat Primy rozciągający się za wielką, zaokrągloną panoramiczną szklaną
ścianą. Miał na sobie prostą, białą szatę.
Wieczny Imperator obrócił się, gdy Baron zbliżał się zgięty w
serii ceremonialnych pokłonów.
- Zostaliśmy powiadomieni przez naszych przyjaciół rzekł
Imperator - że ma pan reputację niezbyt lojalnego. Najwyraźniej pomylili się w
swoich informacjach.
Baron zadrżał.
- Przybyłem, gdy tylko...
Imperator gestem nakazał mu milczenie. Obrócił się i znowu
patrzył przez szybę. Nastała długa cisza. Baron niemal przestępował z nogi na
nogę próbując odgadnąć myśli Imperatora.
- Jeśli chodzi o perspektywy Kompanii, wasza wysokość, mogę
zapewnić, że nie ma powodów do niepokoju. Postawiłbym swoją reputację na...
- Proszę spojrzeć tutaj - powiedział Imperator.
Zakłopotany Thoresen popatrzył na zewnątrz. Poniżej
najważniejsze osobistości Cesarskiego Dworu Królewskiego przesuwały się po
trawniku w skomplikowanym, powolnym tańcu.
- Afektowani głupcy. Wydaje im się, że skoro mają tytuły, to
Imperium kręci się dookoła nich. Miliony obywateli pracują na to, żeby oni mogli
się bawić.
Spojrzał na Thoresena. Na twarzy Imperatora pojawił się ciepły
uśmiech.
- Ale my dwaj wiemy lepiej, prawda, Baronie? Wiemy, co to
znaczy ubrudać sobie ręce. Wiemy, co to znaczy praca.
Teraz Thoresen był naprawdę zakłopotany. Ten człowiek nie
wiedział, czego chce. Dokąd zmierzał? Czyżby pogłoski o jego starzeniu się
mówiły prawdę? Nie, ostrzegł sam siebie. Jakim cudem? Przecież to Baron wymyślił
i rozpuścił te plotki.
- Cóż? - spytał Imperator.
- Ale nie wiem, o co chodzi, wasza wysokość.
- Dlaczego prosiłeś o tę audiencję, Baronie? Przejdźmy wreszcie
do rzeczy. Czekają delegacje z dwudziestu czy trzydziestu planet.
- A - ale, wasza wysokość, to pewnie jakaś pomyłka, nie pana,
oczywiście. Ja... mnie wydawało się, że to wy, panie, chcieliście...
- Jesteśmy zadowoleni, że pan przybył, Baronie - przerwał
Imperator. - Czekaliśmy na okazję, aby porozmawiać z panem o pewnych, raczej
niepokojących raportach. - Zaczął kroczyć przez pokój, a Thoresen podążał za nim
usiłując skupić się na temacie rozmowy, czegokolwiek tak naprawdę owa rozmowa
miała dotyczyć.
- Tak, wasza wysokość?
- Jesteśmy pewni, że nie mato najmniejszego znaczenia, ale
kilku pańskich agentów pozwoliło sobie na wypowiadanie pewnych komentarzy wobec
klientów. Niektórzy z naszych, ummm, reprezentantów stwierdzili, że komentarze
te mają znamiona, jak by to powiedzieć... zdrady stanu?
- Co ma pan na myśli? - Thoresen pozwolił sobie udać szok.
- Och, nic konkretnego nie przychodzi nam na myśl. Tylko
niewielkie sugestie, że niektóre usługi wykonywane przez Imperium mogłyby być
lepiej spełnione przez Kompanię.
- Kto? Kto to powiedział? Natychmiast każę ich...
- Jesteśmy pewni, że pan tak uczyni, Baronie. Ale proszę nie
być zbyt surowym. Wyobrażamy sobie, że to tylko przypadek źle pojętej
lojalności.
- Mimo wszystko, Kompania nie może być przedmiotem takich
plotek. Nasza polityka, a ma to odzwierciedlenie nawet w prawie, gwarantuje
nasze całkowite podporządkowanie Imperium.
- Tak. Tak. Wiemy o tym. To pański dziad ułożył te prawa. Sam
je zatwierdziłem, jako wasz suweren. To wspaniały człowiek, ten pana dziad. A
propos, jak się miewa?
- Och, zmarł, wasza wysokość. Kilkaset lat...
- A, prawda. Moje kondolencje.
Doszli z powrotem do drzwi, które otworzono. Mały urzędnik
podszedł, aby wyprowadzić kompletnie zdezorientowanego Thoresena. Imperator
zaczął odwracać się, ale przerwał.
- Panie Baronie?
- Tak, wasza wysokość?
- Zapomniał pan powiedzieć nam, jaki był powód pańskiego
przybycia. Czy ma pan problemy? Może potrzebuje pan czegoś?
Długa pauza ze strony Thoresena.
- Nie, dziękuję bardzo. Po prostu przypadkiem byłem na Primie i
zatrzymałem się, aby wypełnić, to znaczy... chciałem tylko złożyć pozdrowienia.
- Bardzo rozsądnie z pana strony, Baronie. A więc wszystko
postępuje dokładnie tak, jak planowaliśmy? Doskonale. A teraz proszę nam
wybaczyć.
Drzwi zasunęły się. Obok Imperatora rozległ się nagle dziwny
dźwięk, tak jakby ktoś się dusił - i zasłona rozdzieliła się na dwoje. Zza niej
wyszedł Mahoney. Zgięty wpół ze śmiechu.
Imperator uśmiechnął się, przespacerował do antycznego,
drewnianego biurka i wyciągnął szufladę. Wyjął z niej butelkę i dwa kieliszki.
Nalał drinki.
- Próbowałeś tego kiedykolwiek?
Mahoney był nieufny. Jego szefa znano w pewnych kręgach z
perwersyjnego poczucia humoru.
- A co to jest?
- Po dwudziestu latach poszukiwań znalazłem wreszcie coś
najbardziej zbliżonego do tego, co pamiętam jako diabelski napój. Nazywali to
bourbon.
- Pan to zrobił, co?
- Tylko pomagałem. Laboratorium dostarczyło to dziś rano.
Mahoney odetchnął głęboko. Potem przetknął trochę płynu.
Imperator obserwował go z dużym zaciekawieniem. Długa pauza. Mahoney kiwnął
głową.
- Całkiem niezłe.
Nalał sobie jeszcze, podczas gdy Imperator pociągnął łyk.
Obracał go na języku, po czym przełknął.
- Nie trafili. Nie jest nawet podobne. W smaku przypomina
gówno.
Imperator wypił do dna i napełnił kieliszek na nowo.
- A więc? Co o nim myślisz?
- O Baronie? Jest tak skrzywiony, że rano musi się wkręcać w
skarpetki. Nie jest też lojalny, niezależnie od tego, co próbował udawać, kiedy
igrał pan z nim dzisiaj jak z rybą.
- Zauważyłeś to, co? Powiem ci coś, gdybym nie był największym
dzieciakiem w tej piaskownicy, to podciąłby mi gardło. Albo chociaż spróbował;
na jedno wychodzi.
Imperator odsunął drinki i usiadł na swoim krześle, kładąc nogi
na biurku.
- W porządku. Mieliśmy spotkanie twarzą w twarz. A propos,
dobry pomysł. I zgadzam się z tobą, że ten człowiek jest wystarczająco głupi i
żądny władzy, aby zagrozić Imperium. No, a teraz wypluj to wreszcie z siebie. O
co mam się właściwie martwić?
Mahoney podsunął sobie inne krzesło, usiadł na nim i położył
nogi obok stóp Imperatora.
- Jest wiele takich spraw. Ale nie możemy niczego dowieść.
Najlepsze, co mam: naprawdę dobre źródło poinformowało mnie, że Thoresen wydaje
mnóstwo kredytów na coś, co nazywa Projektem Bravo.
- Co to jest?
- Nie mam zielonego pojęcia. Parę lat temu mój człowiek
zaryzykował i po prostu zapytał. Thoresen nie odpowiedział. Stwierdził tylko,
cytuję, że jest to w najlepszym interesie Kompanii, koniec cytatu.
- Kim jest twój człowiek? Mahoney skrzywił się.
- Nie mogę powiedzieć.
- Pułkowniku! Zadałem pytanie!
Mahoney wyprostował się. Wiedział, kiedy żarty się kończą.
- Tak jest. To członek rady dyrektorów. Nazywa się Lester.
- Lester... Znam go. Byłem na jakimś jego jubileuszu.
Absolutnie godny zaufania w sprawach dotyczących Imperium. Oczywiście, jeśli
chodzi o pokera, cóż, nikt nie jest doskonały. Więc Lester podejrzewa coś w
związku z Projektem Bravo?
- Tak. Thoresen praktycznie całkowicie spłukuje Kompanię, aby
za to zapłacić. Pozostawia ledwie tyle, aby zadowolić akcjonariuszy. Poza tym
Lester podejrzewa, że fałszuje księgi.
- To za mało. Nawet ja nie mogę posłać Gwardii na Vulcan na
podstawie zaledwie podejrzeń. Straciłbym wiarygodność. Do diabła, zbudowałem to
Imperium na zasadach wolnej konkurencji i małej ingerencji rządu.
- Musi pan wierzyć we własną propagandę?
Imperator zastanawiał się przez chwilę, po czym z żalem
odpowiedział:
- Tak.
- A więc?
Imperator zmarszczył brwi, potem westchnął i dopił swojego
drinka.
- Nienawidzę tego robić, ale nie mam wyboru.
- To znaczy?
- To znaczy, że tracę swojego doskonałego kumpla do kieliszka.
Na jakiś czas, oczywiście.
Mahoney zerwał się na równe nogi.
- Nie posyła mnie pan chyba do tej zapomnianej przez bogów
dziury? Vulcan jest na takim końcu świata, że nawet komety tam nie zaglądają!
- Masz jakiś lepszy pomysł?
Mahoney zastanowił się, po czym pokręcił głową. Osuszył
kieliszek do dna.
- To kiedy mam wyjechać?
- To jeszcze tu jesteś?
następny |